WKRA TROPHY - Pomiechowek 24.05.2003
Poranek - sobota 24.05.2003
Wyjeżdżamy do Pomiechówka o 10.00 - wszystko zapakowane, rower przyczepiony do samochodu, psy w środku - jedziemy. Dojeżdżamy na miejsce dużo przed czasem - jesteśmy o 13.00 - wypakowujemy się i idziemy sprawdzić listę. Okazuje się, że mój start jest dopiero o 19.24 - mamy wiele godzin lenistwa i obserwowania ludzi. Przypięte psy bawią się w cieniu parasola, słońce jest coraz mocniejsze i niesamowicie piecze. Zastanawiam się, czy Etna wytrzyma jeszcze tyle godzin w takim upale, a później ostry, prawie sześciokilometrowy bieg. Gapimy się jak przyjeżdżają kolejni zawodnicy, ja obserwuje ich psy - są samoyedy, husky, malamuty i racing dog - te ostatnie są dla mnie dziwne, budowa prawie jak u doga lub charta polskiego, niebieskie oczy i wielka chęć ciągnięcia. Nie mam szans z takimi psami - Etna jest zbyt wolna.
O 16.00 rozpoczynają się biegi canicrossowcow - na początek dzieci - małe i te większe biegają z takim zapałem, że niektóre osoby mogłyby im pozazdrościć. W pewnym momencie moim oczom ukazuje się jamnik szorstkowłosy w szelkach - pędzę na start by mu zrobić zdjęcie. Jest tak mały, że ledwo go widać spod wybujałej trawy rosnącej na trasie. O dziwo to małe stworzenie ma równie mocny zapał do biegania jak i pozostałe psy.
Po dzieciach startują juniorzy i seniorzy, ja jednak nie oglądam już tych wyczynów - idę położyć się spokojnie na kocu i odpoczywać przed startem, do którego jednak jest jeszcze dużo czasu. Rozmawiamy ze znajomymi i przeżywamy, że Rafał nie startuje - niestety nie wzięliśmy drugiego roweru - pech, ale następnym razem na pewno przygotujemy się na każdą możliwość.
W końcu zaczynają startować mężczyźni w bikejoringu - zostały mi 24 minuty. Nerwy powoli dają znać o sobie. Widzę ludzi świetnie ubranych w fachowe stroje z rewelacyjnymi rowerami - aż mi głupio. Przygotowuję Etnę, mały masaż łapek, zakładam numerek, kask - który dostałam niespodziewanie od Danki i Rafała w prezencie... Boję się, że pomylę trasę. Danka trzyma Etnę i podjeżdżamy pod start - jeszcze chwilka. Ja czuję jak zaczynam drżeć z nerwów. Etna stoi spokojnie - jakby to był normalny trening.
W końcu moja kolej - stoimy na starcie - mała zaczyna się lekko wyrywać do przodu, a ja słyszę odliczanie - ruszyłam. Nawet nie wiem kiedy - nagle czuję, że ziemia dotyka mojej twarzy. Sprawdzam co się stało - lina wplątał się w przednie koło, załamanie - to koniec, podbiega Rafał i rozplątujemy to wszystko, a cenne sekundy uciekają. Pogięty błotnik, spadł łańcuch - szybko mi to naprawia i wsiadam. Przerzutki nie działają tak jak powinny, przeskakują - czy dam radę tak dojechać? Pedałuje ile sił w nogach, ktoś mnie wymija. Etna się rozkręca i zaczyna biec galopem, ja zbieram wszystkie swoje myśli i mocno naciskam pedały. Nagle znów czuję luz - przerażenie, że spadł łańcuch, przerzucam szybko biegi i udało się załapał. Teraz całym pędem do przodu. Trasa świetnie przygotowana, łąki, ale dobrze oznakowane - na zakrętach stoją ludzie i kierują w którą stronę jechać. Mijamy dziewczynę, która wcześniej nas wyprzedziła - z całych sił jedziemy do przodu. Etna cudownie galopuje - czasem się obejrzy i jeszcze szybciej biegnie jak słyszy za nami komendy innej osoby i widzi psa. Mija nas Sandra pędzi jak burza - skąd ona ma tyle siły w nogach by tak szybko jechać? Podczas mijania Etna zaplątuje się w linę - muszę się zatrzymać. Szybko ją przerzucam przez linę - wygląda jakby chciała się położyć w wysokiej trawie, która jest wokół nas i już nie biec. Jednak gdy wsiadam na rower zrywa się i pędzi ile sił w łapkach. Mijamy szczęśliwie na trasie dwa doły z błotem i kolejną dziewczynę. Jesteśmy już blisko mety. Zaczynam mocniej przyciskać pedały aż Etna, która tez przyspiesza biegnie na wysokości moich nóg - to już ostatnie metry.
Koniec - wpadam na metę rzucam rower. Od Danki dostaje wodę, zabiera ona Etnę, a ja chwilę siedzę na ziemi i łapie oddech, znów boli w płucach. Jest jednak dużo lepiej niż w Myślęcinku. Idę na miejsce odpocząć, polewamy psa wodą by go schłodzić - leży plackiem wyciągnięta i mocno ziaje. Przytulam się do niej i jej dziękuje, była cudowna. Nasuwają się myśli. że taka rywalizacją jeszcze bardziej zbliża do psa. Jeszcze mocniej ją kocham. Podczas powrotu jest prawie cały czas przytulona do mnie - a normalnie przecież jest powściągliwa w swoich czułościach.
Ogłoszenie wyników, wręczenie pucharów dla zwycięzców. Czas na moją klasę - zajmuję 5 miejsce na 9 - czy dobrze?, myślę, że tak pomimo upadku i straty dużej ilości czasu nie jestem ostatnia. Dziękuję bardzo za pomoc Dance i Rafałowi.
Małe sprostowanie - koniec końców okazuje się, że w wyniku braku jednej z zawodniczek podczas odczytu wyników wkradł się błąd i faktycznie moje miejsce w wyścigu przesuwa się o jedną pozycję dalej czyli na pozycje 6.
fotoreportaż