Sterylizacja - jak to wygląda?

 

Za nim się zdecydowałam na wysterylizowanie Etny, starałam się dowiedzie jak najwięcej o plusach i minusach. Pytałam lekarzy i czytałam artykuły. Niestety opinie były podzielone, choć większość ludzi opowiadała się za sterylizacją. Wśród weterynarzy, których pytałam, nie spotkałam nikogo, kto twierdziłby, że sterylizacja jest złym zabiegiem. Nie spotkałam również żadnego weterynarza, który twierdziłby że suka powinna mieć jeden miot w życiu - takie opinie niestety krążą wokół ludzi- według mnie to błędny pogląd.  Każdy weterynarz potwierdzał moje zdanie, jeśli nie planujemy krycia suki najlepszym wyjściem jest jej wysterylizowanie. Ja się zdecydowałam  na ten zabieg z tego względu, że Etna według wzorca jest zbyt wysoka i ma wadę budowy oka. Nie wiem czy wada ta jest dziedziczna czy nie, ale nie chcę by psy po niej miały ten sam problem.  Poza tym głównym powodem jaki spowodował podjęcie tej decyzji były ciąże urojone, powtarzające się po każdej cieczce, które Etna coraz ciężej przechodziła. Rokowały one na starość raka sutków,  macicy lub ropomacicze.

Pojechałyśmy z Etną rano – dostała zastrzyk usypiający. Gdy środek zaczął działać położyliśmy ją na stole, lekarz podłączył kroplówke – ja wyszłam do poczekalni. Po 30 min. było już po wszystkim. Weszłam do pokoju zabiegowego, Etna leżała spokojnie – jeszcze pod wpływem środka usypiającego. Na brzuchu miał 4 cm szew.

Po godzinie zaczęła się budzić i zabraliśmy ją do domu.

Pierwsze dwa dni po zabiegu były ciężkie. Etna nie jadła, nie piła i patrzyła na nas ze smutkiem. Lekarz kazał jak najwięcej się jej poruszać – niestety ona nie chciała. Próbowaliśmy wyciągać ją na spacery – ale ona po załatwieniu potrzeby szybciutko kładła się na ziemi i nie chciała chodzić. Jeśli chodziła, była bardzo zgarbiona. Chodziliśmy na częste krótkie spacery.

Na trzeci dzień, w końcu zaczęła jeść i pić, powoli zaczęła truchtać, jednak załatwianie potrzeb cały czas sprawiało jej ból.  

Po czterech dniach na spacerach zaczeła interesować się tropami zwierząt  i powoli biegać.  W domu zachęca nas do zabaw. Nie lubiła gdy jej się przemywa ranę - piszczała przy tym. Zbyt częste lizanie rany przez nią , powoduje, że rana nie goi się tak szybko jak powinna. 

Po 8 dniach od zabiegu rana w końcu łanie wygląda i się zrosła  - idziemy na zdjęcie szwów. 

9 dnia jedziemy nad morze. Blizna jest ładna, a Etna szaleje z psami na plaży.

Po 2 tyg. blizna zarosła włosami, a po miesiącu nie ma śladu jakiegokolwiek zabiegu.

Po 4 miesiącach widze, że futro Etny znacznie się poprawiło. Kondycja  jest rewelacyjna, waga cały czas utrzymana w miejscu.

 

Sterylizacja-kastracja psa


Na kastrację Frosta zdecydowaliśmy się po tym, jak się okazało, że Frost jest chory na dziedziczną chorobę oczu - kataraktę. Poza tym w domu oprócz Frosta mieszkają z nami trzy sunie, i wizja sześciu cieczek do roku pod jego nosem była przerażająca.

Ci co mają i psa i sukę doskonale wiedzą co się w tym czasie dzieje i jak trzeba ciągle uważać żeby nie doszło do niekontrolowanego krycia.
 

Kastracja psa polega na usunięciu obu jąder. Jest to zabieg pod pełną narkozą i pies musi być na czczo. Są różne metody zabiegu. Frost ma dwa oddzielne małe rozcięcia bo bokach prącia. Jądra nie były wycinane z samej moszny. Przed zabiegiem, lekarz podał Frostowi zastrzyk usypiający i po chwili Frost spokojnie zasnął. Najpierw trzeba było ogolić Frościkowi jądra i troszkę brzuszka.

Nie byliśmy przy samym zabiegu. Odebraliśmy go po godzinie. Jeszcze nie mógł samodzielnie chodzić, więc Tomek zaniósł go do samochodu. Po następnej godzinie Frost był już ruchliwy i spokojnie wyszedł z samochodu żeby się załatwić. W następnych godzinach jeszcze trochę odsypiał narkozę i dochodził do siebie. Chodził i załatwiał się normalnie, a apetyt miał taki jak przed zabiegiem.

Początkowo przez dwa dni zakładaliśmy mu kaganiec, żeby nie naruszył sobie szwów. Jednak nie za bardzo się interesował ranami, więc potem chodził już bez kagańca. Nie zauważyłam żadnych zmian w jego zachowaniu. Nie wyglądał żeby coś go bolało i przeszkadzało w bieganiu, skakaniu, zabawie z resztą psów, załatwianiu się, jedzeniu i ciągnięciu :)))

Minęły 4 dni od zabiegu i nadal jest wszystko w porządku. Za kilka dni wyjmę Frostowi szwy a za miesiąc - dwa nie będzie śladu po zabiegu.

Frost cały czas jest wesoły i ruchliwy a my przy kolejnej cieczce będziemy mieli pewność, że nic nieprzewidzianego się nie zdarzy. Po 6 dniach wyciągnęłam mu szwy,  a futro zaczyna odrastać...blizny znikaci  -  wszystko dobrze się zagoiło i jest dobrze.

W najbliższym czasie planujemy jeszcze sterylizację naszej najstarszej suczki, która nie miała i nie było w planach żeby miała mieć szczenięta. U suczek zabieg zmniejsza ryzyko wystąpienia nowotworu sutka a całkowicie eliminuje ropomacicze oraz nowotwory jajników i macicy, no i nie chcianych szczeniąt :)

tekst: Marta Brojek-Skwierawska

   P O R Ó D

Pierwszy poród naszej suczki, Cochise i pierwszy poród odbierany przez nas osobiście był ogromnym wydarzeniem i wielkim przeżyciem. Bardzo baliśmy się, że coś pójdzie źle, że będą jakieś komplikacje, że coś złego może się stać i Cochise i jej nowo narodzonym maluszkom.

Przygotowywaliśmy się do tej chwili bardzo skrupulatnie, czytając fachową literaturę i wypytując wszystkich naszych znajomych i nieznajomych, którzy psi poród mieli już za sobą.
 

Pierwszymi oznakami, że poród się zbliża było obniżenie się wielkiego Cochisowego brzuszyska. Nastąpiło to na ok. dwa dni przed porodem. Cały czas co kilka godzin mierzyłam jej temperaturę...ale nie było znacznego obniżenia, tak jak to wyczytaliśmy w książkach. Jej temperatura nie spadła poniżej 37.2 C, a wahała się pomiędzy 37,4 a 37,8. W noc gdy poród nastąpił, Cochise zrobiła się niespokojna i mocno dyszała. Był to dla nas znak, że w ciągu kilku następnych godzin "nasza rodzina" się powiększy :)

Kojec przygotowany był dużo wcześniej. Przygotowane były również czyste ręczniki i pościel. Mieliśmy pod ręką termofor, spirytus salicylowy i nitkę do zawiązania pępuszków, miskę z gorąca wodą....oraz mnóstwo wątpliwości czy damy radę ;)
 

Poród rozpoczął się szóstego grudnia o 03.35 w nocy. Każde przyjście na świat szczeniaczka poprzedzane było falą skurczów oraz wypływem wód płodowych. Cochise dzielnie dawała sobie radę. Odgryzała pępowinki, rozrywała błony płodowe i wylizywała szczenięta. Zjadła wszystkie łożyska. Nie miała żadnych sensacji żołądkowych.

Początkowo odstęp pomiędzy kolejnymi szczeniakami wynosił godzinę i przy każdym następnym czas ten się wydłużał. I tak kolejno: pierwszy szczeniak przyszedł na świat o godzinie 03.35, drugi o 04.35, trzeci o 05.55, czwarty o 07.30, piaty o 09.05 a ostatni juz szybciej bo o 09.40. W sumie więc cały poród trwał około 6 godzin. Oczywiście my na zmianę cały czas byliśmy przy naszej mamusi :) Pomagaliśmy przy kolejnych szczeniakach. Delikatnie usuwaliśmy z nich błony i wycieraliśmy ręcznikiem. Nie przydała się nitka, pępowinkę odgryzała Cochise. Pępuszki szybko zasychały i nie trzeba było ich dezynfekować. Wszystkie maluchy były bardzo ruchliwe i przystawione do cycka od razu mocno ssały :)

Przydał się natomiast termofor, do którego przykładaliśmy pieski już urodzone gdy przychodziły skórcze i Cochise rodziła następnego maluszka.
 

Kolejne przeżycie za nami. Wszystko przebiegło jak należy. Cochise i maluchy są zdrowe i silne. Nasze wszystkie czarne wizje okazały się bezpodstawne. Jednak warto przed psim porodem zasięgnąć języka u doświadczonych hodowców i przeczytać parę książek na ten temat. Uniknie sie przykrych niespodzianek i pewniej podejdzie do całego zajścia.

tekst: Marta Brojek-Skwierawska

 

 

 Powrót