27.04.2003  Pobudka 7.30 za oknem deszcz, nici z wyjazdu na zawody ( : telefony – nie jedziemy. Wstaje o 8.00 ubieram się, wyglądam przez okno nie pada - idę na spacer – robię małą przebieżkę.   

Wałęsamy się po łące – deszcz nadal nie pada, wracamy do domu, patrzę na zegarek 9.06 - już byśmy jechali. Robię sobie śniadanie, deszcz za oknem nie pada, nieśmiało zaczyna świecić słońce. Korci - może jechać pociągiem – kończę śniadanie, dostaje sms-a od Marcina u nich nie pada i nie zanosi się by znów zaczęło. Dzwonie do Rafała – co robimy – za 30 minut jesteśmy umówieni – jedziemy : )

Dojechaliśmy na miejsce – jest 5 zawodników  razem z nami – ja jedyna kobieta :)  To będzie nasz  mały sprawdzian własnych sił i psów. Siadamy i czekamy na godzinę startu – ja  mam biec pierwsza : )

Odliczanie i start, Etna wyrwała, aż się zdziwiłam , nogi nie nadążyły pedałować i łapać pedałów : ) Przed nami ukrył się Marcin by zrobić zdjęcie – ona leci do niego zamiast skręcić w lewo – krzyczę - spowalnia muszę ja ciągnąć. Tracę cenne sekundy. W głowie szybkie myśli i załamanie  - pedałuje ile sił w nogach i ją na siłę odciągam – nagle znów zaczyna biec – galopuje i zaczyna słuchać głosu cały czas przed rowerem. 3 metrowy podjazd, bardzo piaszczysty  pod górkę – zakopujemy się, Etna korzysta z okazji zatrzymania i wącha kwiatki : ) Biegnę szybko wskakuję na rower i dalej. Stromy zjazd Ona nabiera szybkości i znów zasuwa szybko z przodu, cały czas galopując. Teraz okrążamy jezioro i droga powrotna – niestety  prawie cała trasa po trawie – nogi dostają potwornie w kość, płuca zaczynają boleć , nie mam siły kierować psa, nie mam siły wydobyć komend. Krótkie urywane „ naprzód”,  „szybko”,  „go”, „dobrze”. W końcu przestaje krzyczeć i tylko co jakiś czas „go” – gardło wysiadło od szybkiego oddychania – tylko czuję okropny ból . Zaczynam coraz szybciej pedałować, a Etna nadal galopuje na początku – tylko ta trawa, dołki, górki i telepanie rowerem : ( bardzo ciężko. Pędzimy ile sił w nogach, uda coraz bardziej zaczynają boleć. W końcu mostek wenecki już tylko 50 m do mety. Pech - na mostku pies i ludzie, Etna momentalnie zwalnia, a ja nie mam siły pedałować pod górę. Powoli zjeżdżamy z mostku i teraz wszystkie ostatki wytężamy i pędem na metę. Jest - padam z roweru i cała się trzęsę, nie mogę oddechu złapać – krztuszę się wciągając powietrze i bez przerwy kaszle. Czekamy na resztę zawodników. Ogłaszają wyniki 4 miejsce na 5, Rafał jest 3.

Zabawa – wniosek – trzeba lepszą kondycję wypracować. Bardzo dużo pracy mnie jeszcze czeka. Pies – rewelacja – słuchała w 98% i cały czas biegła galopem – atmosfera jej się bardzo udzieliła i jestem z niej strasznie zadowolona.  Następne zawody we wrześniu w Brodnicy – mamy całe lato na przygotowanie, głównie ja siebie :)  

 

Start 

Ja i Etna, Kornelia i Windy, Rafał i Hagis

Meta 

 

Powrót

strona główna